Stabilność, którą trzeba nieustannie podtrzymywać
Kiedy kontrola zastępuje naturalną równowagę
Neurosomatyczna mapa świadomości | Poza Strukturą
Czy prawdziwa stabilność polega na zdolności do nieustannego kontrolowania siebie, czy na możliwości zachowania równowagi bez konieczności ciągłego jej podtrzymywania?
To pytanie pojawia się w wielu obszarach naszego życia. W sposobie poruszania się, w relacjach, w pracy, w podejmowaniu decyzji, a nawet w tym, jak próbujemy radzić sobie z własnymi emocjami.
Często zakładamy, że jeśli coś przestaje funkcjonować prawidłowo, musimy włożyć więcej wysiłku, aby to naprawić. Wzmocnić słabą strukturę. Zwiększyć kontrolę. Wprowadzić kolejną rutynę.
Ale co, jeśli problem nie zawsze polega na braku siły?
Co, jeśli czasami warto przyjrzeć się nie tylko temu, jak utrzymujemy stabilność, lecz również dlaczego wymaga ona od nas tak wiele wysiłku?
Staw krzyżowo-biodrowy — przykład stabilności wymagającej kontroli
W swojej wcześniejszej pracy jako trener personalny wielokrotnie spotykałem osoby doświadczające problemów w okolicy stawu krzyżowo-biodrowego, miednicy czy objawów przypominających rwę kulszową.
Jednym ze sposobów pracy było wzmacnianie mięśni pośladkowych oraz ćwiczenia ukierunkowane na poprawę stabilizacji miednicy.
I często przynosiło to bardzo dobre rezultaty.
Osoba regularnie wykonywała ćwiczenia, wzmacniała odpowiednie grupy mięśniowe, poprawiała kontrolę ruchu i stopniowo odzyskiwała poczucie stabilności.
Dopóki ćwiczyła, wszystko funkcjonowało względnie dobrze.
Ale zdarzało się, że wystarczył tydzień lub dwa przerwy, aby ponownie pojawiały się dolegliwości, uczucie niestabilności czy ból.
Oczywiście regularny trening jest ważny, a niektóre problemy wymagają długotrwałej pracy i odpowiednio dobranych ćwiczeń. Sam powrót dolegliwości nie oznacza, że ciało powinno było poradzić sobie bez treningu.
Jednak obserwacje te skłoniły mnie do postawienia nieco innego pytania.
Dlaczego stabilność, którą udaje się stworzyć podczas świadomego ćwiczenia, nie zawsze staje się częścią naturalnego, spontanicznego funkcjonowania ciała?
Czy rozwijamy wyłącznie zdolność do kontrolowania określonej struktury?
Czy może uczymy organizm takiego sposobu poruszania się, w którym stabilność stopniowo przestaje wymagać naszej świadomej uwagi?
To dwa różne kierunki pracy.
Kiedy stabilność staje się zadaniem
Wyobraźmy sobie człowieka, który musi nieustannie pamiętać o prawidłowym ustawieniu miednicy.
Napina określone mięśnie, kontroluje pozycję, pilnuje ruchu.
Dzięki temu odczuwa poprawę.
Ale kiedy przestaje się kontrolować, jego dotychczasowy sposób funkcjonowania powraca.
Można powiedzieć, że nauczył się utrzymywać stabilność.
Ale czy nauczył się również swobodnie jej doświadczać?
To trochę tak, jakbyśmy przez cały czas musieli świadomie kontrolować równowagę podczas chodzenia.
Przecież kiedy uczymy się chodzić, jeździć na rowerze czy pisać, początkowo wiele czynności wymaga dużej koncentracji.
Z czasem jednak stają się one bardziej automatyczne.
Nie musimy świadomie analizować każdego ruchu.
Ciało rozwija zdolność organizowania działania bez konieczności ciągłego nadzorowania wszystkich jego elementów.
Być może podobnie warto spojrzeć na stabilizację.
Nie tylko jako na zdolność do utrzymywania określonego napięcia, ale również jako na możliwość dostosowywania się do ruchu, obciążenia i zmieniających się warunków.
Stabilność nie musi oznaczać nieustannego utrzymywania jednej pozycji. Może oznaczać zdolność do zachowania równowagi podczas zmiany.
Miednica i relacje — podobieństwo dwóch sposobów organizacji
W swojej pracy z ciałem od wielu lat interesuję się również symbolicznymi i funkcjonalnymi powiązaniami pomiędzy poszczególnymi obszarami organizmu a sposobem, w jaki człowiek doświadcza własnego życia.
W niektórych nurtach kinezjologii mięśnie pośladkowe, mięsień gruszkowaty i okolica miednicy są rozpatrywane w powiązaniu z narządami rozrodczymi, seksualnością oraz relacjami.
Nie traktuję tego jako uniwersalnego wyjaśnienia dolegliwości ani stałego przyporządkowania określonego mięśnia do konkretnego problemu emocjonalnego.
Interesuje mnie raczej możliwość dostrzeżenia analogii.
W rozmowach z osobami, z którymi pracowałem, kilkukrotnie zauważyłem pewne podobieństwo.
Osoby, które doświadczały trudności z utrzymaniem stabilności w okolicy miednicy, opowiadały również o relacjach wymagających od nich bardzo dużego wysiłku.
Nie chodziło koniecznie o konflikty czy brak uczuć.
Czasami były to związki, w których jedna osoba nieustannie próbowała dostosowywać swoje zachowanie, kontrolować emocje, przewidywać reakcje partnera lub utrzymywać określony sposób funkcjonowania relacji.
Dopóki bardzo się starała, wszystko wydawało się działać.
Ale kiedy przestawała kontrolować sytuację, pojawiało się poczucie utraty równowagi.
I właśnie tutaj dostrzegłem interesujące podobieństwo.
W ciele stabilność była utrzymywana dzięki regularnemu, świadomemu wysiłkowi.
W relacji poczucie stabilności również wymagało nieustannego podtrzymywania.
Nie oznacza to, że trudności w związku powodowały problem ze stawem krzyżowo-biodrowym.
Ale podobieństwo sposobów organizacji tych dwóch doświadczeń skłaniało mnie do refleksji.
Czy możliwe, że człowiek w różnych obszarach życia korzysta z podobnej strategii — próbuje utrzymać równowagę poprzez nieustanną kontrolę?
Relacja, którą trzeba stale stabilizować
Wyobraźmy sobie związek, w którym jedna osoba nieustannie pilnuje własnych reakcji.
Zastanawia się, co powiedzieć, aby nie wywołać konfliktu.
Próbuje przewidywać oczekiwania partnera.
Dostosowuje swoje potrzeby do sytuacji.
Kontroluje emocje, sposób komunikacji i zachowanie.
Z zewnątrz taka relacja może wydawać się stabilna.
Nie dochodzi do większych konfliktów. Codzienność funkcjonuje. Partnerzy pozostają razem.
Ale ta stabilność może mieć swoją cenę.
Wymaga nieustannego wysiłku.
A kiedy jedna osoba przestaje kontrolować sytuację, okazuje się, że dotychczasowa równowaga była w dużej mierze podtrzymywana przez jej ciągłe starania.
Czy to oznacza, że relacja jest niewłaściwa?
Niekoniecznie.
Każdy związek wymaga zaangażowania, troski, komunikacji i niekiedy świadomego wysiłku.
Ale warto odróżnić zaangażowanie, które wspiera relację, od kontroli, bez której relacja wydaje się niemożliwa do utrzymania.
To podobne rozróżnienie możemy zastosować do pracy z ciałem.
Ćwiczenia mogą rozwijać zdolność do stabilizacji.
Ale możemy również pytać, czy ta zdolność zaczyna pojawiać się w codziennym, spontanicznym ruchu.
Czy ciało może być metaforą naszego sposobu życia?
Często mówi się o ciele jako o pewnego rodzaju mapie doświadczeń człowieka.
W bardziej symbolicznych ujęciach pojawia się nawet obraz ciała jako hologramu — przestrzeni, w której część może odzwierciedlać pewne właściwości całości.
Nie musimy przyjmować tego dosłownie, aby dostrzec wartość takiej metafory.
Czasami sposób, w jaki człowiek organizuje ruch, przypomina sposób, w jaki organizuje inne obszary swojego życia.
Może usztywniać ciało, aby zachować równowagę.
Może również usztywniać własne zachowanie, aby zachować poczucie bezpieczeństwa w relacji.
Może nadmiernie kontrolować ruch, ponieważ obawia się utraty stabilności.
Może także nadmiernie kontrolować sytuacje życiowe, ponieważ nie ufa temu, co wydarzy się bez jego ciągłej interwencji.
Nie oznacza to, że jedno automatycznie wyjaśnia drugie.
Podobieństwo nie jest dowodem związku przyczynowego. Ale może być początkiem wartościowego pytania.
A czasami właśnie pytanie okazuje się ważniejsze od gotowej odpowiedzi.
Kiedy rozluźnienie staje się kolejną formą kontroli?
Jest jeszcze jeden paradoks, który często pojawia się podczas pracy z ciałem.
Prosimy człowieka, aby się rozluźnił.
A on zaczyna bardzo intensywnie starać się rozluźnić.
Kontroluje napięcie.
Sprawdza, czy mięśnie są wystarczająco miękkie.
Pilnuje oddechu.
Ocenia, czy osiągnął oczekiwany rezultat.
W pewnym momencie rozluźnienie staje się kolejnym zadaniem, które trzeba prawidłowo wykonać.
To bardzo interesujące.
Ponieważ człowiek może próbować wyjść z nadmiernej kontroli, wykorzystując dokładnie tę samą strategię, która wcześniej ograniczała jego swobodę.
Podobnie może wyglądać sytuacja w relacji.
Ktoś zauważa, że zbyt mocno kontroluje partnera lub własne reakcje.
Postanawia więc przestać kontrolować.
Ale od tej chwili zaczyna nieustannie pilnować siebie, aby przypadkiem ponownie nie przejąć kontroli.
W ten sposób nawet spontaniczność może stać się kolejnym obowiązkiem.
Czy można nauczyć się odpuszczać, nie zamieniając odpuszczania w kolejną formę wysiłku?
Nie każde ograniczenie wymaga bezpośredniego przełamania
W tym miejscu chciałbym powrócić do myśli, która jest jednym z ważnych fundamentów Neurosomatycznej mapy świadomości.
Nie każde ograniczenie wymaga bezpośredniego przełamania. Czasami warto najpierw sprawdzić, czy sposób, w jaki człowiek je rozumie, nie ogranicza dodatkowo jego możliwości.
Jeżeli człowiek doświadcza niestabilności miednicy, może uznać:
„Moje ciało jest słabe. Muszę je nieustannie wzmacniać, inaczej nie będzie funkcjonować”.
Być może odpowiedni trening rzeczywiście jest potrzebny.
Ale czy to jedyna możliwa interpretacja?
Możemy również zapytać:
Czy ciało potrafi wykorzystywać rozwijaną siłę podczas codziennych czynności?
Czy osoba ufa własnemu ruchowi?
Czy potrafi dostosowywać się do zmieniających się warunków?
Czy stabilność jest dla niej doświadczeniem swobody, czy raczej obowiązkiem ciągłego utrzymywania określonego napięcia?
Podobnie w relacji.
Zamiast od razu pytać:
„Jak jeszcze bardziej się postarać, żeby utrzymać ten związek?”
Możemy zapytać:
„Co sprawia, że utrzymanie tej relacji wymaga ode mnie aż tak dużej kontroli?”
Nie chodzi o rezygnację z ćwiczeń ani o rezygnację z relacji.
Chodzi o możliwość dostrzeżenia, że dotychczasowy sposób podtrzymywania stabilności nie musi być jedynym dostępnym rozwiązaniem.
Od kontroli do zaufania
Być może nie chodzi o to, aby całkowicie zrezygnować z kontroli.
Kontrola jest przecież ważną zdolnością.
Pozwala nam uczyć się, planować, chronić siebie, podejmować decyzje i świadomie wpływać na własne życie.
Problem może pojawiać się wtedy, gdy kontrola przestaje być jedną z naszych możliwości, a staje się jedynym znanym sposobem utrzymywania równowagi.
Wtedy każda sytuacja, której nie możemy przewidzieć, zaczyna wydawać się zagrożeniem.
Każda spontaniczna reakcja może budzić niepokój.
Każda przerwa w dotychczasowej rutynie może wywoływać obawę, że wszystko ponownie się rozpadnie.
A przecież stabilność może mieć również inny wymiar.
Może oznaczać zdolność do adaptacji.
Do reagowania na zmiany.
Do odzyskiwania równowagi.
Do pozostawania sobą również wtedy, gdy nie wszystko przebiega zgodnie z planem.
Być może właśnie tutaj zaczyna się przejście od stabilności podtrzymywanej wysiłkiem do stabilności, która coraz bardziej staje się częścią naszego sposobu funkcjonowania.
Nie zawsze jest to proces szybki.
Nie zawsze jest łatwy.
I nie zawsze oznacza, że świadoma praca przestanie być potrzebna.
Ale otwiera inną perspektywę.
Zakończenie — stabilność nie musi oznaczać bezruchu
Ciało nieustannie się zmienia.
Oddychamy, poruszamy się, przenosimy ciężar, dostosowujemy pozycję do otoczenia.
Podobnie zmieniają się nasze relacje, potrzeby, doświadczenia i sposób postrzegania świata.
Być może dlatego prawdziwa stabilność nie polega na zdolności do utrzymywania wszystkiego w niezmienionej formie.
Może polegać na możliwości pozostawania w równowadze również wtedy, gdy życie się porusza.
Nie każda struktura wymaga większego napięcia.
Nie każda relacja wymaga większej kontroli.
Nie każde ograniczenie wymaga silniejszego wysiłku.
Czasami potrzebujemy nie tyle kolejnego sposobu podtrzymywania tego, co znamy, ile możliwości odkrycia innego sposobu organizacji własnego doświadczenia.
Bo być może największą oznaką stabilności nie jest to, że potrafimy wszystko utrzymać.
Jest nią odkrycie, że nie wszystko musimy nieustannie podtrzymywać.
Neurosomatyczna mapa świadomości | Poza Strukturą
Przestrzeń odkrywania powiązań pomiędzy ciałem, ruchem, świadomością i sposobem, w jaki doświadczamy własnego życia.
Komentarze
Prześlij komentarz