Ani o emocjach, ani o uczuciach.

Spróbuję tutaj opisać chyba jedno z najbardziej subtelnych doświadczeń człowieka — moment, w którym zaczynamy rozróżniać emocje od czegoś znacznie głębszego. Nie tylko od uczuć, ale od samego doświadczenia istnienia.

Od jakiegoś czasu uczę się rozróżniać emocje i uczucia, (o nich będzie trochę więcej w tekście poniżej) lecz sam post jest o czymś innym.
Obecnie rozumiem swoje uczucia i całkiem nieźle wyrażam swoje emocje 🙃
Lecz co z tego, gdy przychodzi taki moment, gdy pojawia się coś trudnego do nazwania?
Może smutek.
Może samotność.
Może brak miłości.
Choć nawet tutaj nie jestem już pewien, czy rzeczywiście chodzi o brak miłości.
Bo przecież wokół mnie są ludzie, którzy mnie kochają.
Są relacje, obecność, bliskość, troska.
A jednak to doświadczenie nadal czasami się pojawia.
I wiem już, że nie jest ono czymś złym.
Tak jak uczymy się emocji i uczuć, tak samo uczymy się również tego stanu — choć jego nie da się do końca zrozumieć intelektem.
Można go bardziej doświadczyć niż wyjaśnić.
To dziwne uczucie pustki.
Nie takiej dramatycznej czy depresyjnej, ale subtelnej.
Cichej.
Jakby czegoś brakowało, choć jednocześnie nic konkretnego nie jest nieobecne.
I właśnie to wydaje się najbardziej niezwykłe: że ten stan istnieje niezależnie od emocji.
Bo emocje nadal się pojawiają: radość, wdzięczność, spokój, czasami lęk czy smutek.
Uczucia również nadal płyną przez ciało.
A jednak pod nimi istnieje coś jeszcze. Jakby głębsza warstwa doświadczenia.
Stan trudny do uchwycenia, jak przestrzeń pomiędzy obecnością a tęsknotą.
I być może właśnie tutaj zaczyna się coś bardzo ważnego: moment, w którym człowiek odkrywa, że brak miłości nie zawsze oznacza brak ludzi, relacji czy czułości.
Czasami jest to doświadczenie oddzielenia od samego źródła istnienia. Od siebie. Od życia. Od wewnętrznego poczucia pełni.
A może nawet nie oddzielenia, tylko chwilowego zapomnienia, że ta pełnia nadal gdzieś pod wszystkim istnieje.

No dobrze wróćmy do emocji i uczuć, tu łatwiej poruszać się w terenie😅😅😅

Krótka definicja:
Emocja jako ruch energii i uczucie jako przestrzeń świadomości, która ten ruch może pomieścić.
I rzeczywiście — można powiedzieć:
Emocja jest falą.
Uczucie jest oceanem zdolnym tę falę unieść, nie tracąc siebie.
Emocja pojawia się szybko.
Jest biologiczna, reaktywna, związana z przetrwaniem, pamięcią ciała, układem limbicznym, autonomicznym układem nerwowym.
Uczucie jest głębsze.
Nie tyle „wybucha”, co istnieje.
Bardziej przypomina stan bycia niż reakcję.
Dlatego człowiek może:
odczuwać chwilowy gniew, ale nadal pozostawać w głębokim uczuciu miłości,
albo:
doświadczać chwilowego lęku, ale nie tracić kontaktu z zaufaniem.
I tutaj pojawia się kluczowe rozróżnienie:
Emocja sama w sobie nie jest problemem.
Problem zaczyna się wtedy, gdy:
emocja zostaje zatrzymana,
staje się chroniczna,
zostaje utożsamiona z „ja”.
Czyli:
„czuję gniew” zamienia się w „jestem gniewem”,
„pojawia się lęk” zamienia się w „jestem osobą lękową”,
„doświadczam odrzucenia” zamienia się w „jestem niegodny miłości”.
I wtedy emocja przestaje być przepływem.
Staje się strukturą tożsamości.
To trochę tak, jakby fala zatrzymała się w oceanie i zamarzła.
W wielu podejściach somatycznych i duchowych właśnie to uważa się za źródło cierpienia: nie samo pojawienie się emocji, ale zamrożenie ruchu.
Dlatego emocje „niskowibracyjne” u Hawkinsa można rozumieć nie tyle jako „złe emocje”, ale jako stany silnej kontrakcji świadomości i energii.
Lęk zawęża percepcję.
Wstyd zamraża ekspresję.
Gniew usztywnia kierunek energii.
Żal zatrzymuje ruch życia.
Nie dlatego, że są moralnie złe, ale dlatego, że organizm zaczyna się wokół nich organizować.


I teraz znowu przełączam się  do najciekawszej części: MIŁOŚCI🩷

Bo miłość w głębszym sensie prawdopodobnie nie jest emocją.
Emocjonalne zakochanie, tęsknota, ekscytacja — to jeszcze fale.
Ale samo uczucie miłości… to bardziej stan otwarcia istnienia.
Nie „kocham, bo…” tylko: „moje istnienie nie jest oddzielone od życia”.
Dlatego wiele tradycji duchowych mówi, że miłość nie jest czymś, co dostajemy, ale czymś, czym jesteśmy, kiedy przestajemy być zamknięci.
I tutaj dochodzimy do paradoksu braku miłości.
Bo człowiek, który nosi głęboki brak miłości, często nieświadomie:
szuka potwierdzenia tego braku,
przyciąga sytuacje odrzucenia,
wybiera ludzi niedostępnych,
interpretuje neutralność jako brak miłości,
stale próbuje „zasłużyć” na miłość.
Dlaczego?
Bo układ nerwowy bardziej niż szczęścia szuka spójności.
Jeżeli ciało nauczyło się: „miłości nie ma” albo: „miłość trzeba wywalczyć”, to wszystko, co temu przeczy, może być wręcz niebezpieczne dla systemu.
To dlatego niektóre osoby:
boją się bliskości,
sabotują dobre relacje,
nie ufają spokojnej miłości,
czują większą chemię w chaosie niż w bezpieczeństwie.
Nie dlatego, że nie chcą miłości, ale dlatego, że ich organizm zna bardziej brak niż obecność.
I teraz najważniejsze pytanie:
Jakiej miłości człowiek naprawdę szuka?
Na głębszym poziomie chyba nie chodzi wyłącznie o romantyczną miłość.
Bo nawet będąc kochanym przez innych, człowiek może nadal odczuwać ogromny brak.
To sugeruje, że istnieje głębszy rodzaj oddzielenia.
Można powiedzieć: pierwotna rana nie brzmi: „nikt mnie nie kocha”, ale: „jestem oddzielony”.
Od życia.
Od siebie.
Od ciała.
Od źródła.
Od obecności.
I wtedy człowiek próbuje wypełnić tę lukę:
relacjami,
sukcesem,
duchowością,
uznaniem,
seksualnością,
kontrolą,
ratowaniem innych.
Ale problem polega na tym, że żadna zewnętrzna miłość nie jest w stanie całkowicie uleczyć wewnętrznego rozdzielenia.
Bo to, czego organizm naprawdę pragnie, to nie tylko „być kochanym”, ale: czuć istnienie bez konieczności zasługiwania na nie.
I tutaj pojawia się bardzo subtelna różnica:
Miłość jako emocja mówi: „kochają mnie, więc jestem wartościowy”.
Miłość jako uczucie/bycie mówi: „istnieję, więc jestem godny miłości”.
To jest zupełnie inny fundament układu nerwowego.
W pierwszym przypadku organizm ciągle walczy o potwierdzenie.
W drugim zaczyna odpoczywać.
I może właśnie dlatego głębokie doświadczenia duchowe, medytacyjne czy mistyczne tak często są opisywane nie jako „ekstaza”, ale jako:
powrót do domu,
całkowita akceptacja,
brak oddzielenia,
bezwarunkowa obecność,
cisza,
pokój.
Jakby człowiek na chwilę przestał szukać miłości, bo sam stał się przestrzenią, w której miłość już jest.
I wtedy emocje nadal istnieją: pojawia się gniew, smutek, lęk, ból.
Ale one już nie definiują tożsamości.
Są falami.
Nie oceanem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kolano – zawias czasu

Ciało zawsze mówi pierwsze

Subtelna pułapka duchowej regulacji