Kiedy duchowość staje się zbroją(o świetle, które boi się cienia, i o tym, dlaczego czasem trzeba mieć wyjebane)

Są tacy ludzie, którzy mówią:

> „Już tyle terapii przeszedłem, tyle warsztatów, tyle oczyszczeń, tyle karm przepracowałem — a życie i tak wraca do punktu wyjścia.”



Czasem nawet gorzej — im więcej zrobili, tym bardziej czują się zmęczeni.
Jakby z każdym „uzdrowieniem” pojawiał się nowy temat, nowa trauma, nowe wyzwanie.
I tak w nieskończoność.


---

 Duchowość jako ruch wahadła

To nie jest ich wina.
Po prostu większość z nas — nawet ci najbardziej świadomi — myli rozwój z reakcją.
Kiedy życie pokazuje nam ból, cierpienie czy bezsilność, natychmiast chcemy coś z tym zrobić.
Zrozumieć, oczyścić, uleczyć, przepracować, wybaczyć.
W praktyce — chcemy się tego pozbyć.

Ale każda próba pozbycia się czegoś, co już jest — utrwala to jeszcze bardziej.
I tak zaczynamy biec od jednej skrajności do drugiej:
od walki do ucieczki, od kontroli do bezsilności, od terapii do terapii,
z przekonaniem, że „tym razem” wreszcie się uwolnimy.

To trochę jakbyśmy próbowali ugasić ogień benzyną — w dobrej wierze, ale w złym kierunku.


---

 Prawo równowagi, nie przyciągania

Wiele osób dziwi się, że mimo „pozytywnego myślenia” dzieją się im rzeczy bolesne.
Że chorują, choć byli „dobrzy”, „ciepli”, „pełni miłości”.
Ale świat nie działa według logiki nagrody i kary.
Nie przyciągamy tego, czego chcemy, ani nawet tego, czego się boimy.
Przyciągamy to, czego brakuje do pełni.
A więc — jeśli odcinamy się od ciemności, przychodzi cień.
Jeśli uciekamy w światło, przychodzi noc.
Nie po to, by nas zniszczyć, ale by nas zrównoważyć.

To nie jest zemsta losu. To mądrość natury.
Równowaga jest pierwotnym językiem istnienia.


---

 Kiedy duchowość zamienia się w zbroję

Pozytywne myślenie, siła, wiara, walka o zdrowie — wszystko to brzmi dobrze,
dopóki nie staje się zbroją przed tym, co naprawdę czujemy.
Bo prawdziwe uzdrowienie nie polega na tym, żeby być silnym,
tylko żeby pozwolić sobie być słabym — bez wstydu.

Nie chodzi o to, by zwyciężyć chorobę, ale by ją usłyszeć.
Nie o to, by zrozumieć traumę, ale by ją poczuć.
Nie o to, by rozświetlić cień, ale by go objąć.


---

 Zaufanie zamiast kontroli

Dlatego czasem największą duchową praktyką jest odpuszczenie.
Nie obojętność, ale zgoda.
Takie „miej wyjebane” w głębszym sensie — nie jako ucieczka, ale jako zaufanie, że życie nie potrzebuje naszej nieustannej interwencji.
Że nie wszystko musi być zrozumiane, naprawione, nazwane.
Bo coś w nas — głębsze niż umysł, starsze niż ciało — już wie, dokąd to zmierza.

To właśnie w tym stanie neutralności, pomiędzy „atak” a „obrona”,
pojawia się prawdziwe uzdrowienie.
Nie dlatego, że coś robimy,
ale dlatego, że niczego już nie musimy robić.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kolano – zawias czasu

Ciało zawsze mówi pierwsze

Subtelna pułapka duchowej regulacji