Choroba rodzi się w ciszy po burzy

Wielokrotnie w pracy zauważyłem pewien paradoks.
Ludzie potrafią przez lata żyć w ogromnym stresie – mąż pijący, przemoc, kryzysy rodzinne, problemy finansowe. Codziennie w ciele pali się alarm, ale ono wciąż działa. Osoba nie choruje, a jeśli już – to „tylko” drobne infekcje, bóle, przeciążenia.

A potem przychodzi spokój.
Konflikt się kończy, partner przestaje pić, w domu robi się cicho. Po dwóch latach – diagnoza: stwardnienie. Rak. Choroba autoimmunologiczna.
Jakby dopiero w ciszy mogła się odezwać prawda.



Faza mobilizacji – życie na rezerwie

Kiedy jesteśmy w stresie, ciało działa w trybie przetrwania.
Układ współczulny podtrzymuje wysokie obroty – adrenalina, kortyzol, napięcie mięśni. Organizm mobilizuje wszystkie siły, ale odracza procesy naprawcze. To nie czas na gojenie, to czas na przeżycie.

Dlatego w burzy często nie chorujemy poważnie. Jesteśmy jak samochód jadący na rezerwie – jeszcze pędzi, ale kosztem wszystkiego.



Faza ulgi – ciało zaczyna naprawę

Kiedy burza się kończy, układ nerwowy przełącza się na tryb przywspółczulny – relaksacyjny. I wtedy pojawia się zjawisko, którego wielu nie rozumie:
ciało wreszcie ma przestrzeń, by sięgnąć do wszystkiego, co odkładało.

Uaktywnia się układ odpornościowy.

Ruszają procesy zapalne i regeneracyjne.

Odsłaniają się tkanki, które przez lata były w ukryciu.


I to właśnie wtedy może pojawić się choroba. Bo choroba często nie jest początkiem problemu, ale jego epilogiem.



Choroba jako faza naprawcza

Psychoneuroimmunologia mówi jasno: przewlekły stres tłumi odporność, ale też tłumi stany zapalne. Gdy stres znika, układ immunologiczny odbija – mocniej, intensywniej.

W Germańskiej Nowej Medycynie nazywa się to „fazą naprawczą” – objawy nie pojawiają się w trakcie konfliktu, lecz po jego rozwiązaniu. To moment, kiedy ciało wreszcie mówi: „Teraz mogę dokończyć to, co zaczęło się dawno temu”.



Metafizyczny wymiar – cisza, w której słychać duszę

Można spojrzeć na to jeszcze głębiej.
W stresie dusza nie ma miejsca, by się odezwać. Wszystko przykrywa hałas przetrwania.
Dopiero w świętym spokoju – w ciszy po burzy – ciało i dusza zaczynają mówić prawdę.

Choroba staje się wtedy listem, który czekał w szufladzie.
Nie mógł być przeczytany w trakcie bitwy, ale wreszcie – w ciszy – domaga się uwagi.



Archetyp – Wojownik i Uzdrowiciel

W czasie konfliktu działa wojownik – adrenalina, napięcie, działanie.
Ale kiedy wojownik odkłada miecz, wkracza uzdrowiciel.
Uzdrowiciel jest cierpliwy, ale jego językiem bywa gorączka, stan zapalny, nowotwór, autoimmunologia.

Nie chodzi o karę. Chodzi o to, że dopiero wtedy jest miejsce na gojenie – choć nie zawsze wygląda ono jak łagodna harmonia. Czasem przypomina pożar oczyszczający las.




Zakończenie

Kiedy pacjentka opowiada, że
 „przez lata żyłam w stresie i nic mi nie było, a teraz, gdy wreszcie mam spokój, choruję” – wiem, że ciało wreszcie weszło w drugą fazę.
Choroba nie przyszła znikąd. Ona przyszła z ciszy.

I może właśnie to jest najtrudniejsza lekcja:
że prawdziwe uzdrowienie zaczyna się nie w czasie burzy, ale wtedy, gdy burza cichnie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kolano – zawias czasu

Ciało zawsze mówi pierwsze

Subtelna pułapka duchowej regulacji