Choroba rodzi się w ciszy po burzy
Wielokrotnie w pracy zauważyłem pewien paradoks. Ludzie potrafią przez lata żyć w ogromnym stresie – mąż pijący, przemoc, kryzysy rodzinne, problemy finansowe. Codziennie w ciele pali się alarm, ale ono wciąż działa. Osoba nie choruje, a jeśli już – to „tylko” drobne infekcje, bóle, przeciążenia. A potem przychodzi spokój. Konflikt się kończy, partner przestaje pić, w domu robi się cicho. Po dwóch latach – diagnoza: stwardnienie. Rak. Choroba autoimmunologiczna. Jakby dopiero w ciszy mogła się odezwać prawda. Faza mobilizacji – życie na rezerwie Kiedy jesteśmy w stresie, ciało działa w trybie przetrwania. Układ współczulny podtrzymuje wysokie obroty – adrenalina, kortyzol, napięcie mięśni. Organizm mobilizuje wszystkie siły, ale odracza procesy naprawcze. To nie czas na gojenie, to czas na przeżycie. Dlatego w burzy często nie chorujemy poważnie. Jesteśmy jak samochód jadący na rezerwie – jeszcze pędzi, ale kosztem wszystkiego. Faza ulgi – ciało zaczyna naprawę Kiedy burza się kończy, ...